Co zabieracie do pracy? Milion pudełeczek do podgrzania? Jedno danie obiadowe? Owoce, kanapki, coś słodkiego? Ja zawsze muszę się trochę nagimnastykować... W pracy jeżdżę cały dzień po mieście, nie zawsze mam możliwości sobie podgrzać... czy nawet zrobić kawę! Do tego mnóstwo książek i innych gadżetów - na lunch nie zostaje za dużo miejsca...
Dziś podzielę się swoimi pomysłami na lunch do pracy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciasta Ciasteczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciasta Ciasteczka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 maja 2016
piątek, 6 maja 2016
Ciasto czekoladowe (wg SortedFood)
Kto nie lubi ciasta czekoladowego? A gdyby tak mieć przepis na ciasto czekoladowe, które się zawsze udaje, jest super miękkie i wilgotne w środku, nie za słodkie i super się przechowuje...?
Proszę bardzo!
Wykorzystałam przepis SortedFood. Lekko zmodyfikowany oczywiście...
środa, 4 maja 2016
Szczypta smaku - kardamon - królowa przypraw
Kardamon... Moja ulubiona przyprawa. Nie wyobrażam sobie swojej kuchni bez kardamonu! Serio. Zabierzcie nawet pieprz i sól, ale kardamonu nie oddam! Chyba nie bez powodu bywa nazywany Królową Przypraw... (Królem jest zwyczajowo czarny pieprz).
Jest to trzecia (wg. niektórych źródeł druga) najdroższa przyprawa na świecie, pierwszy jest szafran, druga wanilia, obie również bardzo lubię. Poza tym okazuje się, że kardamon można również palić! Ale tu nie o tym. A więc jak używać kardamonu w kuchni i skąd się on w ogóle bierze...?
Jest to trzecia (wg. niektórych źródeł druga) najdroższa przyprawa na świecie, pierwszy jest szafran, druga wanilia, obie również bardzo lubię. Poza tym okazuje się, że kardamon można również palić! Ale tu nie o tym. A więc jak używać kardamonu w kuchni i skąd się on w ogóle bierze...?
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Szczypta smaku - przyprawy - intro // mieszanki arabskie
Co sprawia, że jedzenie naprawdę smakuje? Jakie właściwości mają różne przyprawy, skąd w ogóle się biorą i jak ich używać...?
Sądzę, że znam więcej przypraw niż przeciętny konsument ;) Na półce w domu mam zwykle 50-70 różnych przypraw, ziół, ekstraktów itp. BTW nie ma tam NIC sztucznego! A że jestem z natury dociekliwa, to wiem też całkiem sporo o tym skąd co się bierze, jak smakuje, co można z czym łączyć. Postaram się o tym opowiedzieć....
Sądzę, że znam więcej przypraw niż przeciętny konsument ;) Na półce w domu mam zwykle 50-70 różnych przypraw, ziół, ekstraktów itp. BTW nie ma tam NIC sztucznego! A że jestem z natury dociekliwa, to wiem też całkiem sporo o tym skąd co się bierze, jak smakuje, co można z czym łączyć. Postaram się o tym opowiedzieć....
wtorek, 19 kwietnia 2016
Zhackowane ciasteczka - 1:2:3 hack PB cookies
Mój nowy nałóg to... oglądnie SortedFood. Oh, well... These British lads and tons of super yummy foods! OMG! Ale do rzeczy. Kilka dni temu znalazłam na ich YT hack na przepis na ciasteczka (American style cookies). Przepis prosty jak.. 1, 2, 3! 1 część cukru, 2 części tłuszczu i 3 części mąki (wg. wagi!) i naprawdę mega łatwo to ogarnąć, bo składniki łączymy też w tej samej kolejności. Można dowolnie modyfikować, pod warunkiem, że proporcje będą się zgadzały. Nie mogąc pozostać obojętną na prośby i błagania Mike's o PB cookies ;) postanowiłam spróbować. Oto efekty!
Tu oryginalna inspiracja:
Tu oryginalna inspiracja:
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Kum, kum, kum... Kumkwat! Yum! (chińskie złote pomarańcze)
A więc kupiłam kumkwaty! Takie to to małe (wielkości grubego kciuka może...), pomarańczowe, pachnie cytrusowo, ale bardzo słodko. Nazywa się oryginalnie po chińsku kam kwat, gdzie kam to 'złoto', a 'kwat 'pomarańcza' No i co z tymi złotymi pomarańczkami zrobić?
Kumkwaty można jeść w całości (ze skórką), ja jednak jakoś nie byłam do tego przekonana. Więc swoje owocki rozkroiłam na pół, wyjadłam miąższ - słodki, ale z kwaskową i lekko goryczkową nutą, minim! Trochę tak jakby połączyć bardzo słodkie mandarynki, pomarańcze i grejpfruty.
BTW: z kumkwatów (całych) można też robić np. marmolady.
Kumkwaty można jeść w całości (ze skórką), ja jednak jakoś nie byłam do tego przekonana. Więc swoje owocki rozkroiłam na pół, wyjadłam miąższ - słodki, ale z kwaskową i lekko goryczkową nutą, minim! Trochę tak jakby połączyć bardzo słodkie mandarynki, pomarańcze i grejpfruty.
BTW: z kumkwatów (całych) można też robić np. marmolady.
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
Cytrynowo-waniliowe serniczki z rozmarynem
A gdyby tak połączyć to wszystko, dodać trochę wanilii i świeżego rozmarynu? Tak, tak. Dobrze przeczytaliście - świeżego rozmarynu. Jak się okazuje it makes ALL the difference!
No to mamy wiosenne mini serniczki to die for :)
sobota, 26 marca 2016
Świąteczne cytrusowo-korzenne bułeczki. Yum!
Nie chce Ci się piec mazurka? Ucieranie jaj na wielkanocne baby to za dużo zachodu? A może szukasz nowych smaków na święta? No to do dzieła! Pyszne, łatwe babeczki. Niesamowicie aromatyczne. Ciasto drożdżowe bez zaczynu.
W tym roku zainspirowana tym przepisem z Sorted Food UK (btw - polecam, chłopcy robią naprawdę fajowe - i łatwe! - rzeczy) postanowiłam spróbować zrobić swoją wersję tradycyjnych brytyjskich Hot Cross Buns. Dla tych naprawdę opornych poniżej youtube'owa instrukcja obrazkowa :)
W tym roku zainspirowana tym przepisem z Sorted Food UK (btw - polecam, chłopcy robią naprawdę fajowe - i łatwe! - rzeczy) postanowiłam spróbować zrobić swoją wersję tradycyjnych brytyjskich Hot Cross Buns. Dla tych naprawdę opornych poniżej youtube'owa instrukcja obrazkowa :)
niedziela, 20 grudnia 2015
Świąteczne wypieki w 5 minut (1) - aromatyczne ciasteczka
...no może nie 5, a raczej 50, ale to i tak całkiem nieźle, nie? :)
Przepis na obłędnie aromatyczne świąteczne ciasteczka.
Przepis na obłędnie aromatyczne świąteczne ciasteczka.
czwartek, 17 grudnia 2015
Świąteczne 'snowballs'
Po latach uległam! Eh! Publikuję przepis na moje sekretne świąteczne 'śnieżki', zwane przez wiele osób... pralinami, a przez innych domowym raffaello, haha :) Zobaczymy teraz kto cierpliwy... Tak, tak. Robienie karmelu jest czasochłonne i wymaga dużo uwagi. Powodzenia! :)
niedziela, 22 grudnia 2013
Święta last minute, cz.3: Pierniczki + naturalne kolorowe lukry
Klasyka. Pierniczki.Ten przepis jest b.prosty, nie wymaga robienia syropu midowo-cukrowego ani leżakowania ciasta ani leżakowania ciasteczek. Pierniczki wychodzą kruche i lekkie. Przepis w wersji wegańskiej na Jadłonomii.
Natomiast ja dodałam jajko, ponieważ ciasto wg. oryginalnego przepisu miało za mało zwartą strukturę i się rozpadało. Pierniczki oczywiście z własnej produkcji przyprawą korzenną. Dodam dla niezdecydowanych, że przyprawa absolutnie nie ma porównania do mieszanek sklepowych. Jest obłędnie aromatyczna. Poza tym jest bez cukru i sztucznych aromatów. Można poza tym ją dowolnie modyfikować, ja np. wyjątkowo lubię kardamon i daję go troszkę więcej, a jeśli chcemy, aby nasze pierniczki były ciemniejsze nalezy dodać więcej kakao.
A do pierniczków lukier w trzech kolorach :)
Pierniczki last minute
Natomiast ja dodałam jajko, ponieważ ciasto wg. oryginalnego przepisu miało za mało zwartą strukturę i się rozpadało. Pierniczki oczywiście z własnej produkcji przyprawą korzenną. Dodam dla niezdecydowanych, że przyprawa absolutnie nie ma porównania do mieszanek sklepowych. Jest obłędnie aromatyczna. Poza tym jest bez cukru i sztucznych aromatów. Można poza tym ją dowolnie modyfikować, ja np. wyjątkowo lubię kardamon i daję go troszkę więcej, a jeśli chcemy, aby nasze pierniczki były ciemniejsze nalezy dodać więcej kakao.
A do pierniczków lukier w trzech kolorach :)
Pierniczki last minute
Święta last minute, cz.2: bonus :)
Będą jeszcze oczywiście pierniczki, ale czekają jeszcze na lukrowanie. Za to w między czasie, bonus, a nawet 3! :) Ot co! W końcu są Święta!
Bonus nr 1: przyprawa piernikowa
W sumie robię ją co roku, gdy robię pierniczki, natomiast ten wpis na Jadłonomii zainspirował mnie do opisania własnej u siebie.
Do zrobienia przyprawy warto wykorzystać maksymalnie dużo składników niemielonych, ale trzeba mieć tarkę i młynek lub moździerz.
Składniki (na zdj. od góry od lewej zgodnie z ruchem wskazówek zegara):
anyż
goździki
kardamon
cynamon
ziele angienskie
pieprz czarny
gałka muszkatołowa
imbir (wysuszony korzeń)
kakao (nie ma na zdj., oczywiście to prawdziwe gorzkie)
Składniki mieszać w proporcji po 0,5 łyżeczki, z wyjątkiem pieprzu i ziela angielskiego - ich mniej praz kakao - więcej, ok. 2 łyżeczki.
Z gwiazdek anyżku wyłuskać nasionka, kardamon obrać z łupinek i wydobyć z środka czarne nasionka. Z goździkami, pieprzem i zielem angielskim utrzeć w moździerzu lub zmielić w młynku. Gałkę, cynamon i imbir zetrzeć na tarce. Dodać kakao i dokładnie wymieszać. Opcjonalnie można dodać trochę jałowca lub / i kminku. Przyprawę można przechowywać w szczelnym słoiczku.
Jeśli nie uda Wam się b.drobno zemleć wszystkich przypraw i zostaną kawałki np. gożdzików, można:
1) przesiać przyprawę przez sitko
lub 2) nic, ja lubię czasem trafić na aromatyczny okruszek, który miło pali na języku :)
Bonus nr 2: mango chutney
Jest koniec sezonu na mango i w wielu miejsca jest ono teraz tańsze. Korzystając z okazji... zrobiłam chutney. Warto zwócić uwagę jakie mango kupujemy i na chutney wybrać jak najbardziej dojrzałe lub nawet przejrzałe, im bardziej miękkie i soczyste tym lepiej, oby nie przegniłe!
Składniki (na 1 słoik 200-300 ml):
1 duże przejrzałe mango
1 pomarańcza
kilka ziaren kardamonu
kilka ziaren zielonego pieprzu
pół łyżeczki kurkumy
ok. 80 ml wódki (żytniej lub pszenicznej)
Mango obrać i pokroić. Wrzucić z pieprzem i kardamonem do nieprzywierającego garnka i dusić pod przykryciem na b.małym ogniu ok. 1h, aż zacznie się karmelizować.Dolać sok wyciśnięty z pomarańczy i na b.małym ogniu od czasu do czasu mieszając redukować, aż zacznie się robić gęsta pasta. Dolać ok. 2-3 łyżki stołowe wódki i pozwolić, aby alkohol odparował, dodać kurkumę, wymieszać, redukować dalej aż do uzyskania pożądanej gęstości. Zgasić ogień i dolać ok. 1 łyżkę wódki. Wymieszać.
W międzyczasie sparzyć słoiki.
Chutney przetrzeć przez sitko, intensywnie, aby również wycisnąć przyprawy. Jak najbardziej gorący przełożyć do słoiczków i od razu mocno zakręcać. Odstawić na min.kilka godzin do góry nogami w chłodne miejsce, aby się zawekowały. Jeśli się zawekują można przechowywać w chłodnym ciemnym miejscu do kilku miesięcy.
Podawać z mięsem, białymi rybami, serami lub jako deressing.
Bonus nr 3: eko-choinka
W tym roku dostałam - w sumie w prezencie :) - piękną ponad 2 m jodłę kaukaską. Jest śliczna nawet goła, ale jednak chciałam jej dodać nieco świątecznego szyku. Ale... po pierwsze nigdy nie kupowałam choinki tylko dla siebie, co najwyżej jakiś stroik, żeby ładnie pachniało, a po co miałam się przyczyniać do wycinania lasów ;P Poza tym choinka - w doniczce do przesadzenia - zawsze była u moich rodziców. Po drugie niedawno się przeprowadziłam i wiele rzeczy, min. ozdoby świąteczne, zostało w tamtym mieszkaniu. nie miałam prawie żadnych ozdób. Ale i na to znalazł się sposób. Eko-sposób właśnie. Do ozdobienia choinki wykorzystałam ścinki różanych wstążek i tasiemek, akurat po pakowaniu prezentów. Na choince wiszą poza tym 2 (słownie: dwie) bombki: jedna po babci, druga z dzieciństwa mojego taty. I tym sposobem mam piękną świąteczną, może nawet troszkę designerską ;), choinkę! :)))
Poza tym ozdoby można robić z np. pudełek po zapałkach owiniętych w kolorowy papier - np. ścinki po pakowaniu prezentów. Pamiętam, że robiłam kiedyś takie z babcią i były naprawdę fajowe. Albo wycinać tzw. pawie oka. Albo... wieszać pierniczki! :)
Wesołych domowych eko świąt! :)
Bonus nr 1: przyprawa piernikowa
W sumie robię ją co roku, gdy robię pierniczki, natomiast ten wpis na Jadłonomii zainspirował mnie do opisania własnej u siebie.
Do zrobienia przyprawy warto wykorzystać maksymalnie dużo składników niemielonych, ale trzeba mieć tarkę i młynek lub moździerz.
Składniki (na zdj. od góry od lewej zgodnie z ruchem wskazówek zegara):
anyż
goździki
kardamon
cynamon
ziele angienskie
pieprz czarny
gałka muszkatołowa
imbir (wysuszony korzeń)
kakao (nie ma na zdj., oczywiście to prawdziwe gorzkie)
Składniki mieszać w proporcji po 0,5 łyżeczki, z wyjątkiem pieprzu i ziela angielskiego - ich mniej praz kakao - więcej, ok. 2 łyżeczki.
Z gwiazdek anyżku wyłuskać nasionka, kardamon obrać z łupinek i wydobyć z środka czarne nasionka. Z goździkami, pieprzem i zielem angielskim utrzeć w moździerzu lub zmielić w młynku. Gałkę, cynamon i imbir zetrzeć na tarce. Dodać kakao i dokładnie wymieszać. Opcjonalnie można dodać trochę jałowca lub / i kminku. Przyprawę można przechowywać w szczelnym słoiczku.
Jeśli nie uda Wam się b.drobno zemleć wszystkich przypraw i zostaną kawałki np. gożdzików, można:
1) przesiać przyprawę przez sitko
lub 2) nic, ja lubię czasem trafić na aromatyczny okruszek, który miło pali na języku :)
Bonus nr 2: mango chutney
Jest koniec sezonu na mango i w wielu miejsca jest ono teraz tańsze. Korzystając z okazji... zrobiłam chutney. Warto zwócić uwagę jakie mango kupujemy i na chutney wybrać jak najbardziej dojrzałe lub nawet przejrzałe, im bardziej miękkie i soczyste tym lepiej, oby nie przegniłe!
Składniki (na 1 słoik 200-300 ml):
1 duże przejrzałe mango
1 pomarańcza
kilka ziaren kardamonu
kilka ziaren zielonego pieprzu
pół łyżeczki kurkumy
ok. 80 ml wódki (żytniej lub pszenicznej)
Mango obrać i pokroić. Wrzucić z pieprzem i kardamonem do nieprzywierającego garnka i dusić pod przykryciem na b.małym ogniu ok. 1h, aż zacznie się karmelizować.Dolać sok wyciśnięty z pomarańczy i na b.małym ogniu od czasu do czasu mieszając redukować, aż zacznie się robić gęsta pasta. Dolać ok. 2-3 łyżki stołowe wódki i pozwolić, aby alkohol odparował, dodać kurkumę, wymieszać, redukować dalej aż do uzyskania pożądanej gęstości. Zgasić ogień i dolać ok. 1 łyżkę wódki. Wymieszać.
W międzyczasie sparzyć słoiki.
Chutney przetrzeć przez sitko, intensywnie, aby również wycisnąć przyprawy. Jak najbardziej gorący przełożyć do słoiczków i od razu mocno zakręcać. Odstawić na min.kilka godzin do góry nogami w chłodne miejsce, aby się zawekowały. Jeśli się zawekują można przechowywać w chłodnym ciemnym miejscu do kilku miesięcy.
Podawać z mięsem, białymi rybami, serami lub jako deressing.
Bonus nr 3: eko-choinka
W tym roku dostałam - w sumie w prezencie :) - piękną ponad 2 m jodłę kaukaską. Jest śliczna nawet goła, ale jednak chciałam jej dodać nieco świątecznego szyku. Ale... po pierwsze nigdy nie kupowałam choinki tylko dla siebie, co najwyżej jakiś stroik, żeby ładnie pachniało, a po co miałam się przyczyniać do wycinania lasów ;P Poza tym choinka - w doniczce do przesadzenia - zawsze była u moich rodziców. Po drugie niedawno się przeprowadziłam i wiele rzeczy, min. ozdoby świąteczne, zostało w tamtym mieszkaniu. nie miałam prawie żadnych ozdób. Ale i na to znalazł się sposób. Eko-sposób właśnie. Do ozdobienia choinki wykorzystałam ścinki różanych wstążek i tasiemek, akurat po pakowaniu prezentów. Na choince wiszą poza tym 2 (słownie: dwie) bombki: jedna po babci, druga z dzieciństwa mojego taty. I tym sposobem mam piękną świąteczną, może nawet troszkę designerską ;), choinkę! :)))
Poza tym ozdoby można robić z np. pudełek po zapałkach owiniętych w kolorowy papier - np. ścinki po pakowaniu prezentów. Pamiętam, że robiłam kiedyś takie z babcią i były naprawdę fajowe. Albo wycinać tzw. pawie oka. Albo... wieszać pierniczki! :)
Wesołych domowych eko świąt! :)
Święta last minute, cz. 1: Śledzie w oleju
Wigilia tuż tuż, ale kto ma czas na wielodniowe (wielotygodniowe) przygotowania do Świąt? Niewielu niestety. Dziś 2 przepisy na tradycyjne świąteczne smakołyki - śledzie i pierniczki - dla zapracowanych, zapominalskich czy... po prostu leniwych. :) Nawet jeśli zabierzecie się za przygotowania jutro wieczorem, a nawet 24-go rano, wszystko będzie gotowe na czas! Przepisy są naprawdę proste i szybkie oraz nie wymagają żadnych trudno dostępnych skłądników.
Robiąc śledzie inspiracji szukałam na blogu Olga Smile oraz White Plate.
Śledzie w oleju
Czas: 15 min. + opcjonalnie 24-48h na marynowanie
Składniki (na 1 słoik 500 ml):
3-4 filety śledzia (ala matijas lub tzw. śledzie z beczki, czyli po prostu filety śledzia z solanki), ok. 300 gr
2-3 średnie białe cebule (nie czosnkowe, nie szalotki, nie cukrowe)
2 łyżki octu jabłkowego (lub ew. zamiennie białego winnego)
300 ml oleju roślinnego, najlepszy będzie słonecznikowy, ale może być też np. rzepakowy lub z pestek winogron
Przyprawy (wg. uznania, moja propozycja poniżej):
3-4 liście laurowe
pół łyżeczki goździków
łyżeczka ziaren zielonego lub/i czarnego pieprzu
klika ziarenek gorczycy
kilka ziarenek kolendry
pół łyżeczki ziaren ziela angielskiego
słoik ze szczelną nakrętką, wyparzony
sitko
miska
nóż i deska do krojenia
Jak zrobić:
Filety opłukać delikatnie pod zimną wodą i pozostawić do osuszenia. Cebulę pokroić w grube pióra lub grubą kostkę. Ułożyć na sitku i zbalnszować - czyli przelać wrzątkiem. Osączyć z nadmiaru wody, przełożyć do miski i zalać octem, wymieszać. Filety pokroić w ok. 3 cm kawałki, takie na raz :)
W słoiku układać warstwami cebulę (ale nie dolewać pozostałego w misce octu) i śledzie, zaczynając i kończąc na cebuli. Na wierzchu ułożyć przyprawy. Zalać olejem do całkowitego przykrycia śledzi i cebuli. Słoik mocno zakręcić odstawić do lodówki lub w inne chłodne i ciemne miejsce. Przed odstawieniem można delikatnie wstrząsnąć słoikiem, aby wymieszać.
Marynowanie i podawanie
Tak przygotowane śledzie mogą stać w lodówce co najmniej kilka dni - ale nie za długo, nie są jednak 100% szczelnie zawekowane. Optymalnie powinny się marynować 24-48h, więc nawet jeśli wstawicie je jutro wieczorem na Wigilię będą już dobre. Im krócej się marynują, tym mniej są aromatyczne, ale w najgorszym wypadku wystarczy im nawet kilka godzin.
Podawać odsączone z zalewy saute, np. na chlebie razowym lub w świeżym oleju ze świeżo siekaną nieblanszowaną cebulką lub... moje ulubione: z jabłkiem i cebulką w śmietanie.
Uwagi
Nigdy, prze nigdy nie dodawać do śledzi soli, są już i tak b.słone, w końcu z solanki.
Jeśli są za słone wymoczyć w zimnej wodzie.
Do marynaty można dodać troszkę wódki.
Słoiki muszą być: szczelne, wyparzone (zdezynfekowane) i maksymalnie wypełnione, aby było jak najmniej powietrza. Dzięki temu śledzie wolnej będą się psuły.
Nie dodawać do marynat orzechów, szczególnie włoskich, bo marynata stanie się gorzka - i analogicznie nie używać olejów orzechowych ani z pestek np. dyni. Olej można za to zastąpić oliwą z oliwek.
Nie widać tego na zdjeciach, ale na każdym z moich słoiczków jest data produkcji - rodzina i znajomi zostaną nimi obdarowani, a więc dobrze, żeby wiedzieli np. kiedy już tych śledzi raczej nie jeść - a zepsuta ryba - bardzo niefajna sprawa. Choć sądzę, że wszystkie zostaną zjedzone dużo szybciej :)
Smacznego!
Ps
Przepis na śledzie startuje w konkursie Organicznych!
Robiąc śledzie inspiracji szukałam na blogu Olga Smile oraz White Plate.
Śledzie w oleju
Czas: 15 min. + opcjonalnie 24-48h na marynowanie
Składniki (na 1 słoik 500 ml):
3-4 filety śledzia (ala matijas lub tzw. śledzie z beczki, czyli po prostu filety śledzia z solanki), ok. 300 gr
2-3 średnie białe cebule (nie czosnkowe, nie szalotki, nie cukrowe)
2 łyżki octu jabłkowego (lub ew. zamiennie białego winnego)
300 ml oleju roślinnego, najlepszy będzie słonecznikowy, ale może być też np. rzepakowy lub z pestek winogron
Przyprawy (wg. uznania, moja propozycja poniżej):
3-4 liście laurowe
pół łyżeczki goździków
łyżeczka ziaren zielonego lub/i czarnego pieprzu
klika ziarenek gorczycy
kilka ziarenek kolendry
pół łyżeczki ziaren ziela angielskiego
słoik ze szczelną nakrętką, wyparzony
sitko
miska
nóż i deska do krojenia
Jak zrobić:
Filety opłukać delikatnie pod zimną wodą i pozostawić do osuszenia. Cebulę pokroić w grube pióra lub grubą kostkę. Ułożyć na sitku i zbalnszować - czyli przelać wrzątkiem. Osączyć z nadmiaru wody, przełożyć do miski i zalać octem, wymieszać. Filety pokroić w ok. 3 cm kawałki, takie na raz :)
W słoiku układać warstwami cebulę (ale nie dolewać pozostałego w misce octu) i śledzie, zaczynając i kończąc na cebuli. Na wierzchu ułożyć przyprawy. Zalać olejem do całkowitego przykrycia śledzi i cebuli. Słoik mocno zakręcić odstawić do lodówki lub w inne chłodne i ciemne miejsce. Przed odstawieniem można delikatnie wstrząsnąć słoikiem, aby wymieszać.
Marynowanie i podawanie
Tak przygotowane śledzie mogą stać w lodówce co najmniej kilka dni - ale nie za długo, nie są jednak 100% szczelnie zawekowane. Optymalnie powinny się marynować 24-48h, więc nawet jeśli wstawicie je jutro wieczorem na Wigilię będą już dobre. Im krócej się marynują, tym mniej są aromatyczne, ale w najgorszym wypadku wystarczy im nawet kilka godzin.
Podawać odsączone z zalewy saute, np. na chlebie razowym lub w świeżym oleju ze świeżo siekaną nieblanszowaną cebulką lub... moje ulubione: z jabłkiem i cebulką w śmietanie.
Uwagi
Nigdy, prze nigdy nie dodawać do śledzi soli, są już i tak b.słone, w końcu z solanki.
Jeśli są za słone wymoczyć w zimnej wodzie.
Do marynaty można dodać troszkę wódki.
Słoiki muszą być: szczelne, wyparzone (zdezynfekowane) i maksymalnie wypełnione, aby było jak najmniej powietrza. Dzięki temu śledzie wolnej będą się psuły.
Nie dodawać do marynat orzechów, szczególnie włoskich, bo marynata stanie się gorzka - i analogicznie nie używać olejów orzechowych ani z pestek np. dyni. Olej można za to zastąpić oliwą z oliwek.
Nie widać tego na zdjeciach, ale na każdym z moich słoiczków jest data produkcji - rodzina i znajomi zostaną nimi obdarowani, a więc dobrze, żeby wiedzieli np. kiedy już tych śledzi raczej nie jeść - a zepsuta ryba - bardzo niefajna sprawa. Choć sądzę, że wszystkie zostaną zjedzone dużo szybciej :)
Smacznego!
Ps
Przepis na śledzie startuje w konkursie Organicznych!
piątek, 1 lutego 2013
Prawie jak florentynki, czyli lato na zimową pluchę
Lubię gruszki. Bardzo lubię gruszki.
Oczywiście te zimowe nie są tak dobre jak te w sezonie, ale nawet to mnie nie zniechęca i jeśli jest możliwość kupienia gruszek nawet w zimie, bardzo chętnie z niej korzystam.
Lubię też florentynki. Też bardzo.
Dziś udało mi się połączyć te dwa smaki!
Super na zimową pluchę i okropne długie ciemne wieczory.
Gruszki // Florentynki
Czas: 10-15 min.
Składniki (na 2-4 porcji):
3-4 gruszki (mogą być twarde)
2 łyżki posiekanych migdałów lub płatków migdałowych
1-2 łyżki brązowego cukru (wg. upodobań do co słodkości)
niecała łyżka masła
0,5 łyżeczki mielonego cynamonu
0,5 łyżeczki mielonego kardamonu
miseczka, nóż
garnek z grubym dnem, najlepiej teflonowy lub średnia patelnia
drewniana łyżka do mieszania
Jak zrobić:
Gruszki obrać i usunąć gniazda nasienne. Pokroić w paski, plasterki lub kostkę - jak Wam najwygodniej. Odstawić w miseczce.
Do lekko już rozgrzanego garnka wsypać migdały. Prażyć na małym ogniu, aż lekko się zarumienią, od czasu do czasu mieszając. Dodać cukier, można stopniowo, aby nie wyszło od razu za słodkie. Lekko zamieszać, najlepiej przez potrząsanie garnka. Poczekać aż cukier się rozpuści. NIE mieszać w tym czasie, aby nie schładzać cukru, aby zrobił się karmel. Jak poznać ten moment? Cukier się rozpuści, zbrązowieje i zmieni zapach na taki właśnie karmelowy.
Dodać masło, cynamon i kardamon. Zamieszać. Odczekać ok. 1-2 min. od czasu do czasu mieszając.
Dodać gruszki. Wymieszać, aby gruszki obtoczyły się równomiernie w karmelu i migdałach.
Zmniejszyć ogień i dusić/smażyć ok. 3-5 min. do momentu, aż gruszki zaczną mięknąć.
UWAGA!
Zarówno migdały jak i cukier łatwo mogą zacząć się palić. Pojawia się wtedy dym i nieprzyjemny gorzki zapach. trzeba bardzo uważać, żeby nie przegapić właściwego momentu i nie 'przedobrzyć'. Niestety, jeśli tak się stanie nie da się tu już nic uratować i całość jest po prostu do wyrzucenia.
Poza tym radzę: podawać na ciepło, a garnek od razu zalać ciepłą lub gorącą wodą, aby resztki karmelu nie przywarły.
Opcjonalnie po dodaniu gruszek można całość podlać ok. 100 ml białego wina.
Smacznego!
Oczywiście te zimowe nie są tak dobre jak te w sezonie, ale nawet to mnie nie zniechęca i jeśli jest możliwość kupienia gruszek nawet w zimie, bardzo chętnie z niej korzystam.
Lubię też florentynki. Też bardzo.
Dziś udało mi się połączyć te dwa smaki!
Super na zimową pluchę i okropne długie ciemne wieczory.
Gruszki // Florentynki
Czas: 10-15 min.
Składniki (na 2-4 porcji):
3-4 gruszki (mogą być twarde)
2 łyżki posiekanych migdałów lub płatków migdałowych
1-2 łyżki brązowego cukru (wg. upodobań do co słodkości)
niecała łyżka masła
0,5 łyżeczki mielonego cynamonu
0,5 łyżeczki mielonego kardamonu
miseczka, nóż
garnek z grubym dnem, najlepiej teflonowy lub średnia patelnia
drewniana łyżka do mieszania
Jak zrobić:
Gruszki obrać i usunąć gniazda nasienne. Pokroić w paski, plasterki lub kostkę - jak Wam najwygodniej. Odstawić w miseczce.
Do lekko już rozgrzanego garnka wsypać migdały. Prażyć na małym ogniu, aż lekko się zarumienią, od czasu do czasu mieszając. Dodać cukier, można stopniowo, aby nie wyszło od razu za słodkie. Lekko zamieszać, najlepiej przez potrząsanie garnka. Poczekać aż cukier się rozpuści. NIE mieszać w tym czasie, aby nie schładzać cukru, aby zrobił się karmel. Jak poznać ten moment? Cukier się rozpuści, zbrązowieje i zmieni zapach na taki właśnie karmelowy.
Dodać masło, cynamon i kardamon. Zamieszać. Odczekać ok. 1-2 min. od czasu do czasu mieszając.
Dodać gruszki. Wymieszać, aby gruszki obtoczyły się równomiernie w karmelu i migdałach.
Zmniejszyć ogień i dusić/smażyć ok. 3-5 min. do momentu, aż gruszki zaczną mięknąć.
UWAGA!
Zarówno migdały jak i cukier łatwo mogą zacząć się palić. Pojawia się wtedy dym i nieprzyjemny gorzki zapach. trzeba bardzo uważać, żeby nie przegapić właściwego momentu i nie 'przedobrzyć'. Niestety, jeśli tak się stanie nie da się tu już nic uratować i całość jest po prostu do wyrzucenia.
Poza tym radzę: podawać na ciepło, a garnek od razu zalać ciepłą lub gorącą wodą, aby resztki karmelu nie przywarły.
Opcjonalnie po dodaniu gruszek można całość podlać ok. 100 ml białego wina.
Smacznego!
czwartek, 12 lipca 2012
The Challenge 2.1 Spanish motives
Ile razy byłam w Hiszpanii, tyle razy chciałam wreszcie spróbować prawdziwych churros. I za każdym razem przedsięwzięcie było nieudane! :( Okazało się jednak, że właśnie w Madrycie jest najlepsza Chocolateria, czyli specyficzne połączanie kawiarni, cukierni i pijalni czekolady, gdzie właśnie serwuje się churros. Churros je się na gorąco, maczane w gorącej czekoladzie Nota bene nie wiedziałam o tym wcześniej. Znałam tylko wersję obtaczaną w cukrze. Tak czy siak... Są dwa rodzaje tego ciasta: churros - cienkie, krótsze, często zawijane oraz porras - długie, proste i grube. Oba rodzaje są popularne jako danie śniadaniowe i w niektórych lokalach w ogóle nie można już ich dostać w późniejszej porze.
Tak więc będąc w Madrycie nie mogłam nie pójść na TE churros. Chocolateria San Ginés mieści się w urokliwym zaułku tuż przy kościele w jednej z uliczek odchodzących od Puerta del Sol (dla dociekliwych adres: Pasadizo de San Ginés, 5, Madrid, España), zdjęcie poniżej z angielskiej Wikipedii.
No i... jakież było moje ogromne rozczarowanie! Dostałam coś co wyglądało raczej jak porras, było surowe w środku (sic!), mdłe i okropnie tłuste! Zdecydowanie nie polecam. Może trafiłam akurat na 'zły moment', ale jeśli taki jest standard zawsze, to naprawdę nie wiem skąd ta renoma...
Tak czy owak...poddawać się nie można. :) A że akurat w zw. z tą inicjatywą znalazłam od razu przepis na churros, pomyślałam czemu nie.Przecież to nie może być takie trudne i skoro jest to danie tradycyjne i z długą historią jego wykonanie musi być możliwe w domowych warunkach bez żadnych specjalnych sprzętów. A jak pomyślałam, tak zrobiłam...
TheChallenge 2 to zbiór przepisów (i wykonań) nadesłanych przez blogerów i bolgerki inspirowanych przepisami Nigelli Lawson zw. z czekoladą. Całość tu.
Przepis na churros, który zdecydowałam się wykonać tu. Tym razem (jak rzadko) zrobiłam wszystko krok po kroku wg. autorki. Myślę, że wyszła kopia (prawie) doskonała. Przedtem jedynie przejrzałam kilka alternatywnych wersji. Zauważyłam, że wszystkie są bardzo podobne, z tą tylko różnicą, że jedne są z jajkiem, a drugie bez. Zdecydowałam podjąć mniejsze ryzyko i robić te bez jaka - nawet jeśli byłyby surowe w środku nadal można byłoby je jeść.
Oczywiście jak to ja, nie bawiłam się w dokładne odmierzanie itp. Bardzo dokładnie krok po kroku wszystko opisane właśnie tu, z tym, że po angielsku. Podaję orientacyjne proporcje (z drobnymi zmianami) i powiedzmy skrócony sposób wykonania (z kilkoma praktycznymi uwagami); generalnie chodzi o smażenie na głębokim tłuszczu. Ot cały sekret :)
*Czas wykonania szerze mówiąc trudno mi oszacować, bo zajmowałam się jeszcze innymi rzeczami w tzw. międzyczasie, myślę, że max. 40 min.
Churros w cukrze cynamonowym z ciepłym sosem czekoladowym, wg. Made with Pink
Składniki (na ok. 20 szt. o długości 8-10 cm i grubości 1-2 cm):
Ciasto:
125 gr mąki (pszennej typ 400-500)
1 łyżka cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1 łyżka oliwy z oliwek
250 ml gorącej (gotującej się!) wody
Olej do smażenia, ok. 500 ml, ja korzystałam z oleju z pestek winogron, ponieważ jest to jeden z niewielu olei, które mają bardzo neutralny smak
Sos:
czekolada gorzka 70 % i deserowa, w proporcjach 4:3, w sumie ok. 125 gr
1 łyżeczka brązowego cukru
150 ml śmietanki 30%
Posypka:
ok. 4 łyżki cukru + 2 łyżeczki cynamonu
Potrzebne będą też: garnek z grubym dnem, rondelek + naczynie do gotowania w kąpieli wodnej, miska odporna na wys. temperaturę (wrzątek), łyżki, drewniana szpatułka, łyżka do odcedzania, papierowe ręczniki, 2 duże talerze, miseczka, rękaw cukierniczy (nie mam, tu bardzo pomocna była silikonowa mata), mikser (mój nadal zepsuty, więc użyłam trzepaczki balonowej i potem drewnianej łyżki)
Jak zrobić:
Najpierw sos. Przygotować kąpiel wodną. Do górnego naczynia wrzucić pokruszoną czekoladę i cukier, wlać śmietankę. Dopiero, kiedy wszystko będzie gotowe zacząć podgrzewać, inaczej śmietanka może się zważyć. Delikatnie mieszać do czasu do czasu. Podgrzewać do momentu, gdy czekolada się całkowicie rozpuści i powstanie jednolita masa. Uwaga! nie dopuścić do wrzenia masy! Odstawić w ciepłe miejsce.
Posypka: przygotować miskę lub talerz. Wsypać cukier i cynamon, dobrze wymieszać. Od razu przygotować obok oddzielny talerz do podawania.
Lub jak sugeruje autorka - cukier i cynamon wsypać do papierowej torby (lunch bag) i potem wrzucać do niej churros i potrząsać, aby obtoczyły się w cukrze. Ja korzystałam z miski i pomagałam sobie łyżeczką i własnymi palcami (które mogłam potem bezkarnie oblizywać! :) ).
Churros: mąkę, proszek do pieczenia i cukier dokładnie wymieszać w misce (odpornej na wrzątek). Dodać oliwę i wrzątek. Dokładnie wymieszać przy pomocy miksera (średnie obroty) lub trzepaczki lub łyżki na jednolitą masę. Ciasto ma być gęste, luźne i lepkie. Trochę jak zbyt rzadkie ciasto na pierogi. Odstawić, aby odpoczęło. Uwaga! nie zabierać się do ciasta na tym etapie gołymi rękoma - jest bardzo gorące!
W międzyczasie przygotować talerz do wyjmowania churros - odporny na wys. temperatury - taki, który będzie można postawić na kuchence tuż obok garnka z gotującym się olejem. Wyłożyć go papierowymi ręcznikami, aby od razu osączać nadmiar tłuszczu po smażeniu. Od razu przygotować też kilka kolejnych ręczników na zmianę. Można też przygotować garnek z olejem. Do szerokiego garnka z grubym dnem wlać ok. 500 ml oleju - do wys. ok. 7-10 cm. Przygotować też łyżkę od odcedzania - do wyjmowania churros z garnka i drewnianą szpatułkę - będzie bardzo pomocna do mieszania i ew. rozdzielnia churros (lubią się sklejać). Przygotować też ciąg dalszy naszej 'working station' - miskę z posypką, talerz do podawania itd. Trzeba pamiętać, że gorący olej oraz potem gotujące się w nim churros mogą się b.łatwo palić, więc trzeba mieć wszystko przygotowane wcześniej. Przypominam też, że gotujący się olej jest bardzo gorący i może pryskać!
Wracamy do ciasta. Wyrobić je jeszcze raz. Nie powinno już być bardzo gorące, więc można to zrobić tym razem gołymi rękoma :). Wyrobione ciasto przełożyć do rękawa i potem wyciskać paseczki o dł. ok. 10 cm bezpośrednio do garnka. Lub tak jak w moim wypadku (nie mam rękawa cukierniczego) wyrobić ciasto w rękach i na silikonowej macie formować rękami 'kluseczki' o dł. 10 cm i grubości 1-2 cm. Ciasto jest lepkie, ale nie przywiera do silikonu i mimo wszystko dość łatwo je formować rękami.
Zacząć podgrzewać olej, na średnim ogniu, aby nie zaczął się palić (zacznie wtedy dymić). Olej powinien być wystarczająco gorący po ok. 5 min. Najlepiej to sprawdzić wrzucając do garnka mały kawałek ciasta. Jeśli zacznie od razu skwierczeć i szybko zacznie brązowieć, to znaczy, że temperatura jest właściwa. Wg. Made with Pink odpowiednia temperatura to 180 st C, wg. Nigelli 170 st.C. Jeśli macie odpowiedni termometr możecie sprawdzić.
Wrzucać churros pojedynczo delikatnie do garnka. Nie radzę wrzucać więcej niż 4-5 szt. jednocześnie, ponieważ dość łatwo się sklejają. Początkowo będę przywierać do dna, ale nie odrywać ich! Same wypłyną. Jeśli będziemy je odrywać od dna, zostaną w garnku na dnie przywierające resztki ciasta, które zaczną się przypalać i zepsują smak reszty. Delikatnie mieszać. Churros są gotowe po kilku minutach, gdy wypłyną, zbrązowieją, będą mniej skwierczeć i będą przy podnoszeniu lekkie. Można zrobić kilka pierwszych na próbę. Im cieńsze, tym szybciej będą gotowe. Im grubsze, tym trudniej uzyskać dobrze wypieczony środek i niespalony wierzch. Wyjmować na talerz wyłożony papierowymi ręcznikami. Poczekać, aby się odsączyły i troszkę przestygły. Potem od razu obtaczać w cukrze. Przekładać na czysty talerz. Podawać jeszcze ciepłe z ciepłym sosem czekoladowym. :)
¡Buen provecho! :)

Tak więc będąc w Madrycie nie mogłam nie pójść na TE churros. Chocolateria San Ginés mieści się w urokliwym zaułku tuż przy kościele w jednej z uliczek odchodzących od Puerta del Sol (dla dociekliwych adres: Pasadizo de San Ginés, 5, Madrid, España), zdjęcie poniżej z angielskiej Wikipedii.
No i... jakież było moje ogromne rozczarowanie! Dostałam coś co wyglądało raczej jak porras, było surowe w środku (sic!), mdłe i okropnie tłuste! Zdecydowanie nie polecam. Może trafiłam akurat na 'zły moment', ale jeśli taki jest standard zawsze, to naprawdę nie wiem skąd ta renoma...
Tak czy owak...poddawać się nie można. :) A że akurat w zw. z tą inicjatywą znalazłam od razu przepis na churros, pomyślałam czemu nie.Przecież to nie może być takie trudne i skoro jest to danie tradycyjne i z długą historią jego wykonanie musi być możliwe w domowych warunkach bez żadnych specjalnych sprzętów. A jak pomyślałam, tak zrobiłam...
TheChallenge 2 to zbiór przepisów (i wykonań) nadesłanych przez blogerów i bolgerki inspirowanych przepisami Nigelli Lawson zw. z czekoladą. Całość tu.
Przepis na churros, który zdecydowałam się wykonać tu. Tym razem (jak rzadko) zrobiłam wszystko krok po kroku wg. autorki. Myślę, że wyszła kopia (prawie) doskonała. Przedtem jedynie przejrzałam kilka alternatywnych wersji. Zauważyłam, że wszystkie są bardzo podobne, z tą tylko różnicą, że jedne są z jajkiem, a drugie bez. Zdecydowałam podjąć mniejsze ryzyko i robić te bez jaka - nawet jeśli byłyby surowe w środku nadal można byłoby je jeść.
Oczywiście jak to ja, nie bawiłam się w dokładne odmierzanie itp. Bardzo dokładnie krok po kroku wszystko opisane właśnie tu, z tym, że po angielsku. Podaję orientacyjne proporcje (z drobnymi zmianami) i powiedzmy skrócony sposób wykonania (z kilkoma praktycznymi uwagami); generalnie chodzi o smażenie na głębokim tłuszczu. Ot cały sekret :)
*Czas wykonania szerze mówiąc trudno mi oszacować, bo zajmowałam się jeszcze innymi rzeczami w tzw. międzyczasie, myślę, że max. 40 min.
Churros w cukrze cynamonowym z ciepłym sosem czekoladowym, wg. Made with Pink
Składniki (na ok. 20 szt. o długości 8-10 cm i grubości 1-2 cm):
Ciasto:
125 gr mąki (pszennej typ 400-500)
1 łyżka cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1 łyżka oliwy z oliwek
250 ml gorącej (gotującej się!) wody
Olej do smażenia, ok. 500 ml, ja korzystałam z oleju z pestek winogron, ponieważ jest to jeden z niewielu olei, które mają bardzo neutralny smak
Sos:
czekolada gorzka 70 % i deserowa, w proporcjach 4:3, w sumie ok. 125 gr
1 łyżeczka brązowego cukru
150 ml śmietanki 30%
Posypka:
ok. 4 łyżki cukru + 2 łyżeczki cynamonu
Potrzebne będą też: garnek z grubym dnem, rondelek + naczynie do gotowania w kąpieli wodnej, miska odporna na wys. temperaturę (wrzątek), łyżki, drewniana szpatułka, łyżka do odcedzania, papierowe ręczniki, 2 duże talerze, miseczka, rękaw cukierniczy (nie mam, tu bardzo pomocna była silikonowa mata), mikser (mój nadal zepsuty, więc użyłam trzepaczki balonowej i potem drewnianej łyżki)
Jak zrobić:
Najpierw sos. Przygotować kąpiel wodną. Do górnego naczynia wrzucić pokruszoną czekoladę i cukier, wlać śmietankę. Dopiero, kiedy wszystko będzie gotowe zacząć podgrzewać, inaczej śmietanka może się zważyć. Delikatnie mieszać do czasu do czasu. Podgrzewać do momentu, gdy czekolada się całkowicie rozpuści i powstanie jednolita masa. Uwaga! nie dopuścić do wrzenia masy! Odstawić w ciepłe miejsce.
Posypka: przygotować miskę lub talerz. Wsypać cukier i cynamon, dobrze wymieszać. Od razu przygotować obok oddzielny talerz do podawania.
Lub jak sugeruje autorka - cukier i cynamon wsypać do papierowej torby (lunch bag) i potem wrzucać do niej churros i potrząsać, aby obtoczyły się w cukrze. Ja korzystałam z miski i pomagałam sobie łyżeczką i własnymi palcami (które mogłam potem bezkarnie oblizywać! :) ).
Churros: mąkę, proszek do pieczenia i cukier dokładnie wymieszać w misce (odpornej na wrzątek). Dodać oliwę i wrzątek. Dokładnie wymieszać przy pomocy miksera (średnie obroty) lub trzepaczki lub łyżki na jednolitą masę. Ciasto ma być gęste, luźne i lepkie. Trochę jak zbyt rzadkie ciasto na pierogi. Odstawić, aby odpoczęło. Uwaga! nie zabierać się do ciasta na tym etapie gołymi rękoma - jest bardzo gorące!
W międzyczasie przygotować talerz do wyjmowania churros - odporny na wys. temperatury - taki, który będzie można postawić na kuchence tuż obok garnka z gotującym się olejem. Wyłożyć go papierowymi ręcznikami, aby od razu osączać nadmiar tłuszczu po smażeniu. Od razu przygotować też kilka kolejnych ręczników na zmianę. Można też przygotować garnek z olejem. Do szerokiego garnka z grubym dnem wlać ok. 500 ml oleju - do wys. ok. 7-10 cm. Przygotować też łyżkę od odcedzania - do wyjmowania churros z garnka i drewnianą szpatułkę - będzie bardzo pomocna do mieszania i ew. rozdzielnia churros (lubią się sklejać). Przygotować też ciąg dalszy naszej 'working station' - miskę z posypką, talerz do podawania itd. Trzeba pamiętać, że gorący olej oraz potem gotujące się w nim churros mogą się b.łatwo palić, więc trzeba mieć wszystko przygotowane wcześniej. Przypominam też, że gotujący się olej jest bardzo gorący i może pryskać!
Wracamy do ciasta. Wyrobić je jeszcze raz. Nie powinno już być bardzo gorące, więc można to zrobić tym razem gołymi rękoma :). Wyrobione ciasto przełożyć do rękawa i potem wyciskać paseczki o dł. ok. 10 cm bezpośrednio do garnka. Lub tak jak w moim wypadku (nie mam rękawa cukierniczego) wyrobić ciasto w rękach i na silikonowej macie formować rękami 'kluseczki' o dł. 10 cm i grubości 1-2 cm. Ciasto jest lepkie, ale nie przywiera do silikonu i mimo wszystko dość łatwo je formować rękami.
Zacząć podgrzewać olej, na średnim ogniu, aby nie zaczął się palić (zacznie wtedy dymić). Olej powinien być wystarczająco gorący po ok. 5 min. Najlepiej to sprawdzić wrzucając do garnka mały kawałek ciasta. Jeśli zacznie od razu skwierczeć i szybko zacznie brązowieć, to znaczy, że temperatura jest właściwa. Wg. Made with Pink odpowiednia temperatura to 180 st C, wg. Nigelli 170 st.C. Jeśli macie odpowiedni termometr możecie sprawdzić.
Wrzucać churros pojedynczo delikatnie do garnka. Nie radzę wrzucać więcej niż 4-5 szt. jednocześnie, ponieważ dość łatwo się sklejają. Początkowo będę przywierać do dna, ale nie odrywać ich! Same wypłyną. Jeśli będziemy je odrywać od dna, zostaną w garnku na dnie przywierające resztki ciasta, które zaczną się przypalać i zepsują smak reszty. Delikatnie mieszać. Churros są gotowe po kilku minutach, gdy wypłyną, zbrązowieją, będą mniej skwierczeć i będą przy podnoszeniu lekkie. Można zrobić kilka pierwszych na próbę. Im cieńsze, tym szybciej będą gotowe. Im grubsze, tym trudniej uzyskać dobrze wypieczony środek i niespalony wierzch. Wyjmować na talerz wyłożony papierowymi ręcznikami. Poczekać, aby się odsączyły i troszkę przestygły. Potem od razu obtaczać w cukrze. Przekładać na czysty talerz. Podawać jeszcze ciepłe z ciepłym sosem czekoladowym. :)
¡Buen provecho! :)

środa, 11 lipca 2012
Dla Agaty!
I w sumie to w ogóle dla całej familii sióstr i kuzynek S.! :)
Muffiny...
Temat na co najmniej jedną całą książkę. Piekłam już różne wersje. Ta która sprawdza się najlepiej bazuje na tym przepisie Nigelli Lawson, który jednak trochę zmodyfikowałam. Moja wersja poniżej.
Wykonanie jest łatwe i szybkie, trudno coś zepsuć, a składnikami przy odrobinie wiedzy i doświadczenia można dość dowolnie manipulować :).
Zdjęcie stąd.
I jeszcze o samej Nigelli Lawson słów kilka... Na początku, gdy tylko Nigella pojawiła się w TV/internecie, śledziłam jej program z ciekawością. Jej przepisy są proste, szybkie i przystępne, również jeśli chodzi o składniki. Jednak dość szybko z przykrością zauważyłam, że Nigalla jest nawet więcej niż leniwa... Wiele ze składników, których używa, to niestety produkty wysoko przetworzone, z konserwantami, sztucznymi barwnikami itp. Wiele z nich można łatwo zastąpić produktami zdrowymi, czy przynajmniej zdrowszymi lub po prostu zrobić je samemu, ale Nigella niestety nawet o tym nie wspomina. Poza tym jej kuchnia jest bardzo tłusta i słodka, nawet posiłki proponowane dla dzieci są najczęściej niezdrowe! Więc mimo całego jej uroku bardzo szybko przestałam być jej fanką.
Zdjęcie stąd.
Za to polecam program Jamie'go Olivera Food Revolution! Można oglądać tu.
Zdjęcie stąd.
Czekoladowe muffiny z bananem
Składniki (na 12 szt.)*:
Czas przygotowania ok. 5-10 min. + pieczenie ok. 30 min.
1,75 szklanki mąki
ok. 1 łyżeczka sody (ew. proszku do pieczenia)
2 łyżki gorzkiego kakao (lub więcej, jeśli lubmy bardzo czekoladowy, intensywny smak)
0,75 szklanki cukru (dowolnego rodzaju, ja najczęściej używam brązowego)
1 szklanka mleka (najlepiej tłustego, 3,2%)
200-250 gr miękkiego masła**
1 duże jajko lub 2 małe
100-200 gr gorzkiej czekolady, czyli 1-2 tabliczki, (najlepiej ok. 75%, zbyt duża zawartość kakao spowoduje, że muffiny będą gorzki, za mała, że będą za słodkie)
1 duży banan
*proporcje w tym przepisie są dość orientacyjne, ciasto ma mieć grudkowatą, gęstą konsystencję, takie powiedzmy półpłynne ciasto naleśnikowe, najczęściej wychodzi mi trochę więcej niż 12 szt., wtedy piekę resztę ciasta w kokilkach
**w przypadku braku miksera, jak to było u mnie ostatnio, masło rozpuścić
Poza tym potrzebne będą: forma do muffinów, papilotki (papierowe foremki do muffinów), mikser, duża miska, dodatkowe miseczki, mikser/trzepaczka balonowa, tłuczek do mięsa/tarka o dużych oczkach.
Jak zrobić:
Masło wyjąć z lodówki min. 1 h przed przygotowanie, aby zmiękło. Lub jw. rozpuścić w rondelku tuż przed przygotowaniem.
Rozgrzać piekarnik. Przygotować formę na muffiny - wyłożyć papilotkami.
Czekoladę rozdrobić: a) zetrzeć na tarce b) mój ulubiony sposób, który daje większe kawałki -> większą przyjemność jedzenia potem :) Czekolady nie! rozpakowywać. Położyć na twardym, stabilnym podłożu, np. na kamiennym parapecie, na desce na podłodze itp. Tłuc tłuczkiem do momentu rozdrobnienia całej tabliczki. Zajęcie również terapeutyczne ;)
Banana obrać i pokroić w dość grube plasterki, na ilość odpowiadającą ilości muffinów.
Suche składniki wymieszać dokładnie w dużej misce. Jajko ubić mikserem. Dodać do niego mleko, ubijać jeszcze chwilkę razem do momentu uzyskania pienistego płynu. Dolać do suchych składników. Dodać masło pokrojone w małe kawałki. Mieszać mikserem do momentu połączania się składników, ale nie! na gładką masę, masa ma być grudkowata. Dodać całą rozdrobioną czekoladę. Wymieszać łyżką.
Mikser nastawiać na średnie obroty.
Wersja dla leniwych! Wszystkie składniki (poza czekoladą) wrzucić do miski i wymieszać mikserem. :) Dodać czekoladę, wymieszać łyżką. Dalej tak samo jak poniżej.
Foremki napełnić ciastem do ok. połowy, położyć w każdej na masie kawałek banana. Dopełnić masą, ale tylko do ok. 3/4, ponieważ muffiny bardzo rosną i jeśli będzie za dużo ciasta w foremkach, rozleją się.
Piec ok. 30 min. do momentu, gdy dobrze urosną, a na wierchu będą suche i popękane. Studzić w piekarniku. Po wystudzeniu delikatnie wyjąć muffiny w papilotkach z formy.

Muffiny powinny być popękane na wierzchu, ale mokre w środku. Na zdjęciu powyżej widać moment +/- połowy czasu pieczenia. Są intensywnie czekoladowe, ale nie bardzo słodkie. Kawałki czekolady powinny być widoczne i delikatnie rozpuszczać się w ustach. Najbardziej lubię jeść je jeszcze trochę ciepłe.
Enjoy with love! :)
Muffiny...
Temat na co najmniej jedną całą książkę. Piekłam już różne wersje. Ta która sprawdza się najlepiej bazuje na tym przepisie Nigelli Lawson, który jednak trochę zmodyfikowałam. Moja wersja poniżej.
Wykonanie jest łatwe i szybkie, trudno coś zepsuć, a składnikami przy odrobinie wiedzy i doświadczenia można dość dowolnie manipulować :).
Zdjęcie stąd.
I jeszcze o samej Nigelli Lawson słów kilka... Na początku, gdy tylko Nigella pojawiła się w TV/internecie, śledziłam jej program z ciekawością. Jej przepisy są proste, szybkie i przystępne, również jeśli chodzi o składniki. Jednak dość szybko z przykrością zauważyłam, że Nigalla jest nawet więcej niż leniwa... Wiele ze składników, których używa, to niestety produkty wysoko przetworzone, z konserwantami, sztucznymi barwnikami itp. Wiele z nich można łatwo zastąpić produktami zdrowymi, czy przynajmniej zdrowszymi lub po prostu zrobić je samemu, ale Nigella niestety nawet o tym nie wspomina. Poza tym jej kuchnia jest bardzo tłusta i słodka, nawet posiłki proponowane dla dzieci są najczęściej niezdrowe! Więc mimo całego jej uroku bardzo szybko przestałam być jej fanką.
Zdjęcie stąd.
Za to polecam program Jamie'go Olivera Food Revolution! Można oglądać tu.
Zdjęcie stąd.
Czekoladowe muffiny z bananem
Składniki (na 12 szt.)*:
Czas przygotowania ok. 5-10 min. + pieczenie ok. 30 min.
1,75 szklanki mąki
ok. 1 łyżeczka sody (ew. proszku do pieczenia)
2 łyżki gorzkiego kakao (lub więcej, jeśli lubmy bardzo czekoladowy, intensywny smak)
0,75 szklanki cukru (dowolnego rodzaju, ja najczęściej używam brązowego)
1 szklanka mleka (najlepiej tłustego, 3,2%)
200-250 gr miękkiego masła**
1 duże jajko lub 2 małe
100-200 gr gorzkiej czekolady, czyli 1-2 tabliczki, (najlepiej ok. 75%, zbyt duża zawartość kakao spowoduje, że muffiny będą gorzki, za mała, że będą za słodkie)
1 duży banan
*proporcje w tym przepisie są dość orientacyjne, ciasto ma mieć grudkowatą, gęstą konsystencję, takie powiedzmy półpłynne ciasto naleśnikowe, najczęściej wychodzi mi trochę więcej niż 12 szt., wtedy piekę resztę ciasta w kokilkach
**w przypadku braku miksera, jak to było u mnie ostatnio, masło rozpuścić
Poza tym potrzebne będą: forma do muffinów, papilotki (papierowe foremki do muffinów), mikser, duża miska, dodatkowe miseczki, mikser/trzepaczka balonowa, tłuczek do mięsa/tarka o dużych oczkach.
Jak zrobić:
Masło wyjąć z lodówki min. 1 h przed przygotowanie, aby zmiękło. Lub jw. rozpuścić w rondelku tuż przed przygotowaniem.
Rozgrzać piekarnik. Przygotować formę na muffiny - wyłożyć papilotkami.
Czekoladę rozdrobić: a) zetrzeć na tarce b) mój ulubiony sposób, który daje większe kawałki -> większą przyjemność jedzenia potem :) Czekolady nie! rozpakowywać. Położyć na twardym, stabilnym podłożu, np. na kamiennym parapecie, na desce na podłodze itp. Tłuc tłuczkiem do momentu rozdrobnienia całej tabliczki. Zajęcie również terapeutyczne ;)
Banana obrać i pokroić w dość grube plasterki, na ilość odpowiadającą ilości muffinów.
Suche składniki wymieszać dokładnie w dużej misce. Jajko ubić mikserem. Dodać do niego mleko, ubijać jeszcze chwilkę razem do momentu uzyskania pienistego płynu. Dolać do suchych składników. Dodać masło pokrojone w małe kawałki. Mieszać mikserem do momentu połączania się składników, ale nie! na gładką masę, masa ma być grudkowata. Dodać całą rozdrobioną czekoladę. Wymieszać łyżką.
Mikser nastawiać na średnie obroty.
Wersja dla leniwych! Wszystkie składniki (poza czekoladą) wrzucić do miski i wymieszać mikserem. :) Dodać czekoladę, wymieszać łyżką. Dalej tak samo jak poniżej.
Foremki napełnić ciastem do ok. połowy, położyć w każdej na masie kawałek banana. Dopełnić masą, ale tylko do ok. 3/4, ponieważ muffiny bardzo rosną i jeśli będzie za dużo ciasta w foremkach, rozleją się.
Piec ok. 30 min. do momentu, gdy dobrze urosną, a na wierchu będą suche i popękane. Studzić w piekarniku. Po wystudzeniu delikatnie wyjąć muffiny w papilotkach z formy.

Muffiny powinny być popękane na wierzchu, ale mokre w środku. Na zdjęciu powyżej widać moment +/- połowy czasu pieczenia. Są intensywnie czekoladowe, ale nie bardzo słodkie. Kawałki czekolady powinny być widoczne i delikatnie rozpuszczać się w ustach. Najbardziej lubię jeść je jeszcze trochę ciepłe.
Enjoy with love! :)
Kiedy spać nie mogę...
...a w lodówce nie ma nic ciekawego. Jest jednak kilka produktów, które prawie zawsze mam. Ciasta bez jajek lub/i masła robiłam już wiele razy, jednak nie mam swojego ulubionego przepisu. Jeżeli zabieram się za wypieki 'zawczasu' , to z reguły są z jajkami i/lub masłem. Raczej nie jestem fanką ciast na oleju; poza zebrą mojej koleżanki, na którą przepisu niestety nie pamiętam :(.
Czerwic był dla mnie dość stresujący i nie przespałam dobrze wielu nocy. Czasem czytam, czasem oglądam filmy, czasem po prostu leżę w łóżku... Czasem mam ochotę na To Coś do jedzenia. Tym razem była to nie odparta chęć na jakieś domowe ciasto. Nie mam w pobliżu żadnego sklepu 24h, więc byłam zdana na to, co było akurat w domu. Znalezienie tego przepisu nie zajęło mi dużo czasu.
Bardzo proste ciasto bez jajek
Składniki (na blachę 30x15 cm, wys. ok. 5 cm):
Czas przygotowania ok. 5 min. + ok. 40 min. pieczenie
1,5 szklanki maki
0,75 szklanki brązowego cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
cukier z prawdziwą wanilią
1 szklanka mleka
0,5 szklanki oleju
opcjonalnie dowolne dodatki wg. uznania
(np. starty imbir, cynamon, kakao itp, ja dodałam wiórki kokosowe)
Jak zrobić:
Rozgrzać piekarnik. W dużej misce wymieszać dokładnie wszystkie suche składniki. W oddzielnym naczyniu wymieszać wszystkie mokre składniki, w tym wypadku tylko mleko i olej. Aby się łatwiej połączyły można użyć trzepaczki. Dodać płynne składniki do suchych. Dokładnie wymieszać.
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto przelać do blachy i wstawić do piekarnika. Piec ok. 40 min., do suchego patyczka. Wyjąć z piekarnika i wystudzić.
Mi pieczenie zajęło trochę więcej czasu. Trzeba uważać, żeby nie spalić brzegów i spodu.
Ciasto wyszło bardzo słodkie, wilgotne w środku, a na wierzchu chrupiące i skarmelizowane.
Ciasto można przechowywać do kilku dni.
Smacznego!
Czerwic był dla mnie dość stresujący i nie przespałam dobrze wielu nocy. Czasem czytam, czasem oglądam filmy, czasem po prostu leżę w łóżku... Czasem mam ochotę na To Coś do jedzenia. Tym razem była to nie odparta chęć na jakieś domowe ciasto. Nie mam w pobliżu żadnego sklepu 24h, więc byłam zdana na to, co było akurat w domu. Znalezienie tego przepisu nie zajęło mi dużo czasu.
Bardzo proste ciasto bez jajek
Składniki (na blachę 30x15 cm, wys. ok. 5 cm):
Czas przygotowania ok. 5 min. + ok. 40 min. pieczenie
1,5 szklanki maki
0,75 szklanki brązowego cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
cukier z prawdziwą wanilią
1 szklanka mleka
0,5 szklanki oleju
opcjonalnie dowolne dodatki wg. uznania
(np. starty imbir, cynamon, kakao itp, ja dodałam wiórki kokosowe)
Jak zrobić:
Rozgrzać piekarnik. W dużej misce wymieszać dokładnie wszystkie suche składniki. W oddzielnym naczyniu wymieszać wszystkie mokre składniki, w tym wypadku tylko mleko i olej. Aby się łatwiej połączyły można użyć trzepaczki. Dodać płynne składniki do suchych. Dokładnie wymieszać.
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto przelać do blachy i wstawić do piekarnika. Piec ok. 40 min., do suchego patyczka. Wyjąć z piekarnika i wystudzić.
Mi pieczenie zajęło trochę więcej czasu. Trzeba uważać, żeby nie spalić brzegów i spodu.
Ciasto wyszło bardzo słodkie, wilgotne w środku, a na wierzchu chrupiące i skarmelizowane.
Ciasto można przechowywać do kilku dni.
Smacznego!
sobota, 9 czerwca 2012
Bday cake emergency!
...czyli Polska gola! i truskawki!
Z okazji moich (kolejnych) osiemnastych urodzin odbył się wczoraj mecz otwarcia. :) A na urodzinowy mecz otwarcia trzeba przecież coś przygotować. Koleżanka, która nas zaprosiła z tej okazji przygotowała super kokosowe racuchy z musem truskawkowym. Pycha! :) A ja zdecydowałam, że bez tortu obejść się może.Ale jak to zwykle bywa ogarnęłam się za późno. Zainspirował mnie ten przepis. Bo przecież truskawek nigdy za wiele! To chyba moje ulubione owoce sezonowe. Kiedy moja dieta zaczyna się sprowadzać do mozzarelli z pomidorami na oliwie i truskawek, to niechybnie znak początku lata.
Proporcje podaję orientacyjne, bo ostatecznie tort był spontanicznym dziełem i tworem mojej własnej wyobraźni! :) Ważne tylko, żeby zachować proporcje śmietana - mascarpone.
Biszkopt bez pieczenia:
Czas przygotowania: 10 min + chłodzenie/mrożenie
Składniki (na blachę ok. 20x30 cm):
herbatniki typu Petit Beurre/BeBe, 400 gr (ja zużyłam +/- 20 małych opakowań)
gorzka czekolada (im więcej % kakao tym lepiej), 1,5 tabliczki, czyli 150 gr
cukier puder, 250 gr
serek mascarpone, 500 gr (dwa opakowania)
śmietana 30%, 400 ml
1,5 kg świeżych truskawek
tarka
duża miska
pergamin
blacha
mikser
łyżka
Jak zrobić:
Blachę wyłożyć pergaminem. Czekoladę zetrzeć na tarce. Herbatniki pokruszyć na średnio drobne kawałki.
1/2 herbatników wysypać równomiernie na blachę.
Zimną! śmietanę ubić mikserem z 1/3 cukru. Zmniejszyć obroty i stopniowo dodawać mascarpone i pozostały cukier.
Nałożyć 1/2 masy na herbatniki. Na wierz posypać 1/2 startej czekolady. Powtórzyć, czyli: herbatniki, masa śmietankowo-serkowa, czekodala.
Całość wstawić na kilka-kilkanaście godzin do lodówki, aby masa stężała i herbatniki zmiękły.
* Zrezygnowałam z dodawania truskawek od razu, żeby nie ryzykować, że jak puszczą dużo soku zrobi się zupa.
* Na 1-2 godz. przed podaniem można wstawić do zamrażalnika i będzie super semifreddo.
*Można użyć większej ilości składników i wysokim pojemniku zrobić więcej warstw.
*Można dodać żelatynę do masy, bardziej stężeje.
*Można zamiast herbatników użyć bezy.
*Super smakuje z białym winem, sprawdzone! :)
Krótko przed podaniem przygotować truskawki. Umyć i pokroić w plasterki albo zblendować.
Nakładać, jeść i przenieść się w krainę letnich rozkoszy i kulinarnych orgazmów :) Enjoy!
Z okazji moich (kolejnych) osiemnastych urodzin odbył się wczoraj mecz otwarcia. :) A na urodzinowy mecz otwarcia trzeba przecież coś przygotować. Koleżanka, która nas zaprosiła z tej okazji przygotowała super kokosowe racuchy z musem truskawkowym. Pycha! :) A ja zdecydowałam, że bez tortu obejść się może.Ale jak to zwykle bywa ogarnęłam się za późno. Zainspirował mnie ten przepis. Bo przecież truskawek nigdy za wiele! To chyba moje ulubione owoce sezonowe. Kiedy moja dieta zaczyna się sprowadzać do mozzarelli z pomidorami na oliwie i truskawek, to niechybnie znak początku lata.
Proporcje podaję orientacyjne, bo ostatecznie tort był spontanicznym dziełem i tworem mojej własnej wyobraźni! :) Ważne tylko, żeby zachować proporcje śmietana - mascarpone.
Biszkopt bez pieczenia:
Czas przygotowania: 10 min + chłodzenie/mrożenie
Składniki (na blachę ok. 20x30 cm):
herbatniki typu Petit Beurre/BeBe, 400 gr (ja zużyłam +/- 20 małych opakowań)
gorzka czekolada (im więcej % kakao tym lepiej), 1,5 tabliczki, czyli 150 gr
cukier puder, 250 gr
serek mascarpone, 500 gr (dwa opakowania)
śmietana 30%, 400 ml
1,5 kg świeżych truskawek
tarka
duża miska
pergamin
blacha
mikser
łyżka
Jak zrobić:
Blachę wyłożyć pergaminem. Czekoladę zetrzeć na tarce. Herbatniki pokruszyć na średnio drobne kawałki.
1/2 herbatników wysypać równomiernie na blachę.
Zimną! śmietanę ubić mikserem z 1/3 cukru. Zmniejszyć obroty i stopniowo dodawać mascarpone i pozostały cukier.
Nałożyć 1/2 masy na herbatniki. Na wierz posypać 1/2 startej czekolady. Powtórzyć, czyli: herbatniki, masa śmietankowo-serkowa, czekodala.
Całość wstawić na kilka-kilkanaście godzin do lodówki, aby masa stężała i herbatniki zmiękły.
* Zrezygnowałam z dodawania truskawek od razu, żeby nie ryzykować, że jak puszczą dużo soku zrobi się zupa.
* Na 1-2 godz. przed podaniem można wstawić do zamrażalnika i będzie super semifreddo.
*Można użyć większej ilości składników i wysokim pojemniku zrobić więcej warstw.
*Można dodać żelatynę do masy, bardziej stężeje.
*Można zamiast herbatników użyć bezy.
*Super smakuje z białym winem, sprawdzone! :)
Krótko przed podaniem przygotować truskawki. Umyć i pokroić w plasterki albo zblendować.
Nakładać, jeść i przenieść się w krainę letnich rozkoszy i kulinarnych orgazmów :) Enjoy!
środa, 2 maja 2012
Na słodko... (2)
Więc ciasto miało być z gruszkami, ale jakoś jednak było bez gruszek. Miał być więc mus gruszkowy do ciasta, ale też jakoś nie wyszło. No i znów wyszło na dobre! :)
Na bazie syropu, który został z ciasta (z tego ciasta) i z gruszek, które zostały powstał koniec końców super sorbet.
Sorbet gruszkowy
Czas: ok. 10 min + mrożenie
Składniki (na ok. 4 porcje):
200-300 ml syropu cytrynowego (przepis tu)
6 średnich gruszek
Jak zrobić:
Gruszki obrać, usunąć gniazda nasienne. Pokroić w małą kostkę. W garnku zagotować syrop, dodać gruszki. Dusić pod przykryciem ok. 10 min. Jeśli gruszki puściły dużo soku i całość stała się rzadka, odparować aż do konsystencji lekkiego musu.
Przestudzić. Przelać do kubeczków lub miseczek. Wstawić do zamrażalnika na kilka godzin. Mrozić do momentu uzyskania konsystencji b.gęstego żelu. Jeśli będziemy mrozić za długo całość zamieni się po prostu w lód!
Sorbet ma intensywny aromat kardamonu, kwaskowatość z cytryn. Nie jest słodki. Idealny na gorące dni.
Enjoy! :)
Na bazie syropu, który został z ciasta (z tego ciasta) i z gruszek, które zostały powstał koniec końców super sorbet.
Sorbet gruszkowy
Czas: ok. 10 min + mrożenie
Składniki (na ok. 4 porcje):
200-300 ml syropu cytrynowego (przepis tu)
6 średnich gruszek
Jak zrobić:
Gruszki obrać, usunąć gniazda nasienne. Pokroić w małą kostkę. W garnku zagotować syrop, dodać gruszki. Dusić pod przykryciem ok. 10 min. Jeśli gruszki puściły dużo soku i całość stała się rzadka, odparować aż do konsystencji lekkiego musu.
Przestudzić. Przelać do kubeczków lub miseczek. Wstawić do zamrażalnika na kilka godzin. Mrozić do momentu uzyskania konsystencji b.gęstego żelu. Jeśli będziemy mrozić za długo całość zamieni się po prostu w lód!
Sorbet ma intensywny aromat kardamonu, kwaskowatość z cytryn. Nie jest słodki. Idealny na gorące dni.
Enjoy! :)
Na słodko... (1)
Dziś o tym jak zrobić słodkie, żeby nie było za słodkie, zwłaszcza na upały. O gruszkach ciąg dalszy. O pieczeniu. O cytrynie. O imbirze. O smakach lata :) Aha i jeszcze o tym jak wybuchł mi piekarnik!
Zaczęło się od tarty cytrynowej i planów piknikowych. Nie jem mięska, w ogóle. Więc, żeby się jakoś sensownie wybrać na grillowanie, musiałam kwestię wcześniej nieco przemyśleć. Miał być łosoś w marynacie i pieczone ziemniaki z serem. Łososia nie udało mi się kupić na czas. O ziemniakach zapomniałam, kupił je kolega, last minute i to tylko dzięki szczęśliwemu przypadkowi. Perfect timing :). Ale sera, który chciałam nie było w sklepie; miałam w domu zwykły ser żółty, ale... też zapomniałam go zabrać! Skończyło się więc w sumie na pieczonych ziemniakach saute. Też dobre :)
Tarta miała być tylko dodatkiem. No i miała być tarta. Kruchy spód z lemon curd na wierzchu. Ale też nie! Bardzo lubię wszelkie cytrynowe ciasta, tarty, ciasteczka, sorbety. Przed zakupami chciałam sprawdzić przepis, żeby niczego nie zapomnieć, ale link tu i tam, tu i tam nowe cytrynowe... Znalazłam inny przepis. Nic nie wyszło tak jak zaplanowane. I wszyło bardzo dobrze.
Przepis, który znalazłam jest prosty, trudno coś poważnie w nim zepsuć (w przeciwieństwie do lemon curd), łatwy do zmodyfikowania. Ciasto jest lekkie. Zdecydowanie lepsze na takie piknikowanie w upale niż tamta tarta (swoją drogą tarta sprawdziła się bardzo dobrze na długie zimowe wieczory). Przepis w wersji oryginalnej tu. Ja go trochę zmodyfikowałam. Wyszło super. Tylko nic się nie zdążyło uchować do obfotografowania!
Ciasto cytrynowo-imbirowe
Czas: ok. 10 min + czas pieczenia
Składniki (na blaszkę 29x16 cm, na wys. wyszło ok. 3-5 cm):
170 gr miękkiego masła
140 gr cukru (pół na pół cukier puder z brązowym)
170 gr mąki (użyłam mąk z wysokiego przemiału, pół na pół pszennej typ 480 i żytniej typ 550)
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
3 duże jajka
skórka starta z 2 średnich cytryn
ok. 2 cm startego obranego świeżego imbiru
Syrop do polania:
sok wyciśnięty z 2 cytryn
ok. 90 gr cukru (pół na pół cukier puder z brązowym)
pół łyżeczki chilli w proszku
kilka ziaren kardamonu
Jak zrobić:
Najpierw uwag kilka.
Po pierwsze o wybuchającym piekarniku. Jakiś czas temu wybuchł mi piekarnik. Było dużo hałasu i strachu. Na szczęście skończyło się 'tylko' na wywalonej, rozbitej szybie. Ale piec się w nim już nie da. Uruchomiłam więc starą kuchenkę elektryczną. Coś się upiec da. Ale nie dogadujemy się za dobrze. Piekłam dwie blaszki. Jedna wyszła trochę spalona, druga z zakalcem. Wnioski? Raczej piec na małym ogniu (tylko kurde jak w tej starej kuchence?!) i raczej w szerszej blaszce, żeby było cieńsze (łatwiej uniknąć opcji spalone na wierzchu z zakalcem w środku).
Po drugie o mące. Trzeba pamiętać, że mąka żytnia bardziej chłonie wszystkie płyny i tłuszcze niż pszenna. Dlatego trzeba więcej jajek albo/i masła. Ja dodałam jedno więcej jajo.
Po trzecie ciasto wychodzi raczej gęste, więc w sumie lepiej wyrabiać ręcznie niż mikserem.
Rozgrzać piekarnik, a blaszkę wysmarować masłem. Mąkę, cukier, sodę i sól wymieszać w dużej misce. Dodać masło, jajka i startą skórkę z cytryn i starty imbir. Utrzeć, ciasto powinno przypominać takie jak na babkę piaskową. Przełożyć masę do blaszki. Piec na małym ogniu ok. 20-40 min., w zależności od piekarnika ;) Powinno się zarumienić na wierzchu.
W międzyczasie zrobić syrop. Ziarenka kardamonu obrać ze skórki i te maleńkie czarne z środka rozetrzeć na proszek w moździerzu. Do garnka (najlepiej z grubym dnem) wlać sok z cytryn, dodać cukier, kardamon i chilli. Doprowadzić do wrzenia i gotować kilka minut do momentu aż zacznie gęstnieć.
Gorące ciasto od razu po wyjęciu z pieca nasączyć dokładnie gorącym syropem. Zostawić do wystygnięcia.
Dzięki syropowi ciasto będzie się ładnie błyszczeć na wierzchu, tak jak z glazurą. Moje wyszło trochę spalone, więc posypałam je po wierzchu cukrem pudrem i prezentowało się równie dobrze :)
Miałam b.duże cytryny, zostało mi całkiem sporo syropu. A ciasto miało być z gruszkami. Więc...
Zaczęło się od tarty cytrynowej i planów piknikowych. Nie jem mięska, w ogóle. Więc, żeby się jakoś sensownie wybrać na grillowanie, musiałam kwestię wcześniej nieco przemyśleć. Miał być łosoś w marynacie i pieczone ziemniaki z serem. Łososia nie udało mi się kupić na czas. O ziemniakach zapomniałam, kupił je kolega, last minute i to tylko dzięki szczęśliwemu przypadkowi. Perfect timing :). Ale sera, który chciałam nie było w sklepie; miałam w domu zwykły ser żółty, ale... też zapomniałam go zabrać! Skończyło się więc w sumie na pieczonych ziemniakach saute. Też dobre :)
Tarta miała być tylko dodatkiem. No i miała być tarta. Kruchy spód z lemon curd na wierzchu. Ale też nie! Bardzo lubię wszelkie cytrynowe ciasta, tarty, ciasteczka, sorbety. Przed zakupami chciałam sprawdzić przepis, żeby niczego nie zapomnieć, ale link tu i tam, tu i tam nowe cytrynowe... Znalazłam inny przepis. Nic nie wyszło tak jak zaplanowane. I wszyło bardzo dobrze.
Przepis, który znalazłam jest prosty, trudno coś poważnie w nim zepsuć (w przeciwieństwie do lemon curd), łatwy do zmodyfikowania. Ciasto jest lekkie. Zdecydowanie lepsze na takie piknikowanie w upale niż tamta tarta (swoją drogą tarta sprawdziła się bardzo dobrze na długie zimowe wieczory). Przepis w wersji oryginalnej tu. Ja go trochę zmodyfikowałam. Wyszło super. Tylko nic się nie zdążyło uchować do obfotografowania!
Ciasto cytrynowo-imbirowe
Czas: ok. 10 min + czas pieczenia
Składniki (na blaszkę 29x16 cm, na wys. wyszło ok. 3-5 cm):
170 gr miękkiego masła
140 gr cukru (pół na pół cukier puder z brązowym)
170 gr mąki (użyłam mąk z wysokiego przemiału, pół na pół pszennej typ 480 i żytniej typ 550)
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
3 duże jajka
skórka starta z 2 średnich cytryn
ok. 2 cm startego obranego świeżego imbiru
Syrop do polania:
sok wyciśnięty z 2 cytryn
ok. 90 gr cukru (pół na pół cukier puder z brązowym)
pół łyżeczki chilli w proszku
kilka ziaren kardamonu
Jak zrobić:
Najpierw uwag kilka.
Po pierwsze o wybuchającym piekarniku. Jakiś czas temu wybuchł mi piekarnik. Było dużo hałasu i strachu. Na szczęście skończyło się 'tylko' na wywalonej, rozbitej szybie. Ale piec się w nim już nie da. Uruchomiłam więc starą kuchenkę elektryczną. Coś się upiec da. Ale nie dogadujemy się za dobrze. Piekłam dwie blaszki. Jedna wyszła trochę spalona, druga z zakalcem. Wnioski? Raczej piec na małym ogniu (tylko kurde jak w tej starej kuchence?!) i raczej w szerszej blaszce, żeby było cieńsze (łatwiej uniknąć opcji spalone na wierzchu z zakalcem w środku).
Po drugie o mące. Trzeba pamiętać, że mąka żytnia bardziej chłonie wszystkie płyny i tłuszcze niż pszenna. Dlatego trzeba więcej jajek albo/i masła. Ja dodałam jedno więcej jajo.
Po trzecie ciasto wychodzi raczej gęste, więc w sumie lepiej wyrabiać ręcznie niż mikserem.
Rozgrzać piekarnik, a blaszkę wysmarować masłem. Mąkę, cukier, sodę i sól wymieszać w dużej misce. Dodać masło, jajka i startą skórkę z cytryn i starty imbir. Utrzeć, ciasto powinno przypominać takie jak na babkę piaskową. Przełożyć masę do blaszki. Piec na małym ogniu ok. 20-40 min., w zależności od piekarnika ;) Powinno się zarumienić na wierzchu.
W międzyczasie zrobić syrop. Ziarenka kardamonu obrać ze skórki i te maleńkie czarne z środka rozetrzeć na proszek w moździerzu. Do garnka (najlepiej z grubym dnem) wlać sok z cytryn, dodać cukier, kardamon i chilli. Doprowadzić do wrzenia i gotować kilka minut do momentu aż zacznie gęstnieć.
Gorące ciasto od razu po wyjęciu z pieca nasączyć dokładnie gorącym syropem. Zostawić do wystygnięcia.
Dzięki syropowi ciasto będzie się ładnie błyszczeć na wierzchu, tak jak z glazurą. Moje wyszło trochę spalone, więc posypałam je po wierzchu cukrem pudrem i prezentowało się równie dobrze :)
Miałam b.duże cytryny, zostało mi całkiem sporo syropu. A ciasto miało być z gruszkami. Więc...
Subskrybuj:
Posty (Atom)































